KONIEC 1918 ROKU PRZYNIÓSŁ POLSCE NIE TYLKO NIEPODLEŁOŚĆ PO PONAD STU LATACH ZABORÓW. TAKŻE (ACZ ZNAJ PROPORCJUM MOCIUM PANIE) STRASZLIWĄ EPIDEMIĘ GRYPY.
Przyszła razem z wojskiem, które pod koniec wojny przemierzało setki kilometrów. Grypa odnotowane najpierw w okolicach Lwowa, przyjechała koleją do Krakowa, by jesienią, kilka tygodni przed brygadierem Józefem Piłsudskim, wracającym z Magdeburga, pojawić się w Warszawie.
Strach miał duże oczy, mówiło się: rano jesteś zdrowy, a wieczorem idziesz do piachu. Ale niebezzasadnie, wszak ludzie padali jak muchy. Ulica mówiła, że to zaraza, a o grypie zaczęto przebąkiwać dopiero w październiku. Komisja zdrowia publicznego przy odchodzącej do historii Radzie Regencyjnej, na początku listopada ostrzegała przed grypą i wskazywała, co robić, by nie zachorować. M.in. trzeba było… unikać zgromadzeń.




